Alfabet d jak determinacja

Listopad 12

Determinacja to słowo, które dla mojego ucha brzmi nieco dramatycznie.
Słownik mówi, że to tyle, co zdecydowanie w dążeniu do celu pomimo trudności.
Słowo to nie kojarzyło mi się jednak dobrze przez lata. Dla mnie zdeterminowany człowiek to mógł być na przykład furiat idący po trupach do celu, korposzczurek czy desperat niemający już nic do stracenia.
Jako cecha charakteru determinacja kojarzyła mi się raczej z oślim uporem niż czymś pozytywnym.
Zafiksowanie na punkcie czegoś bez zastanowienia, wyłączenie przy tym instynktu samozachowawczego – z tym również kojarzyła mi się determinacja.

Zamiast słowa na „d” wolałam używać synonimów jak zdecydowanie, cierpliwość, konsekwencja.
Mój stosunek do determinacji nieco się zmienił, gdy znalazłam się nad Dunajem i musiałam zacząć szukać nowego pomysłu na siebie.
Zdecydować się na coś nie jest łatwo w sytuacji, gdy stare zawody, jakimi się parałam musiały iść chwilowo w odstawkę. Należały do wolnych i tak zwanych artystycznych. Zarówno środowisko grafików jak fotografów jest dość hermetyczne w każdym kraju. By się w nie wbić będąc osobą całkowicie z zewnątrz trzeba czasu, zdrowia i samozaparcia.
Zjechałam do Austrii bez znajomości niemieckiego, więc właściwie mogłam zapomnieć o etacie czy własnej działalności. Początki bywają trudne i wie to każdy, kto zmienił kraj czy tylko miasto.

Zadałam sobie jednak pytanie czy to nie czas na nowy rozdział także w tak zwanym życiu zawodowym.
Z jednej strony zawsze łatwiej kontynuować stare, bo znajome, wiadomo przynajmniej w zarysie jak to ugryźć.
Z drugiej strony, był to etap pewnego wypalenia a gdzieś tam z zakamarków pamięci przypominał o sobie stary, dawno zapomniany pomysł na życie, jakim jest pisanie, opowiadanie historii. W języku angielskim jest słowo storyteller, które można przetłumaczyć, jako opowiadacz historii, bajarz i w sumie oddaje to, co chciałam robić z dwoma zastrzeżeniami. Miało być w formie pisanej i opowiadać o prawdziwych ludziach, miejscach, wydarzeniach. Taki nie do końca klasyczny eseista byłby może dobrym pomysłem na życie – kombinowałam w liceum. Pasowałoby mi być kimś między Kapuścińskim, Eco, Fallaci a Łysiakiem.

Życie potoczyło się jednak inaczej a jako, że wiele rzeczy mnie pasjonowało, stu srok nie da się na dłuższą metę ciągnąć za ogon, musiałam dokonać selekcji i wybrać drogę, którą pójdę – ładnie nazywaną ścieżką kariery zawodowej. Zmieniałam te ścieżki kilkukrotnie. Najdziwniejsze w tym, że każdy z moich wykonywanych zawodów mnie pasjonował w swoim czasie, czegoś nauczył.
Dopiero po latach widzę, że nie było w tym przypadku a raczej misterny plan, który prowadził mnie tak naprawdę prostą drogą do miejsca, w którym jestem dzisiaj.
Piszę bloga – to tylko blog, ktoś powie.
Tak to tylko blog i na początku miało go czytać kilka bliskich mi osób. Później, gdy zaczęło Viennese breakfast odwiedzać po kilkaset osób miesięcznie chciałam im opowiadać o Wiedniu, Austrii. Pisałam posty a z nimi powoli przypominało mi się to stare marzenie o byciu opowiadaczem historii.
To jednak nie było już tylko marzenie – ja je całkiem nieświadomie realizowałam.

By iść dalej tą drogą potrzebna jednak była i jest nadal determinacja z całym tym jej oślim – według niektórych – uporem. Konsekwencja nie wystarcza do zmienienia marzenia w plan i zrealizowania go. Trzeba krok za krokiem zbliżać się do celu. Porażki, trudności nic nie mogą tu zmienić.
To nic, że nastał czas gdy pisze najwięcej osób w dziejach, czy to w necie, czy poza nim. Są lepsi i gorsi ode mnie. Ja i tak chcę wam opowiadać o Wiedniu, nauczyć was nazw kaw jakie tu podają, czasem rozbawić opowieścią o dziwnościach Wiedeńczyków, czasem pobudzić do refleksji opowiadając o ludziach jak Zita, ostatnia cesarzowa Austrii.
Chcę też zachęcić was do przypomnienia sobie marzeń, które kiedyś mieliście.

Marzenie to coś, co nam się snuje po głowie, kołacze w sercu i tam zostaje lub idzie w zapomnienie.
Niektóre marzenia mają jednak pewną niezwykłą moc by zasiać w człowieku determinację. One po prostu chcą być spełnione. Trzeba przetrwać krytykę, jaką już na początku zaserwuje nam własny analityczny i trzeźwo stąpający po ziemi rozum, brak wiary we własne siły – by góry przenosić, życzliwe rady otoczenia odsyłające nas do psychologa z tymi głupimi pomysłami.

Warto przy tym pamiętać, że życie nie jest projektem do zrealizowania. Za dużo tu zmiennych w czasie, za dużo interakcji.
Dla mnie życie to droga.
Długa droga, na której trafiają się kilometry po pięknej płaskiej łące, ale będą też na szlaku bagna, ruchome piaski, przepaście do pokonania i szczyty do zdobycia. Czasem trafi się winda, która niespodziewanie podwiezie nas wyżej, jednak przyjąć za pewnik trzeba, że to my sami krok po kroku idziemy szlakiem, który ktoś dla nas przygotował.
Marzenia w naszym sercu to takie drobne drogowskazy.
Jedne są drobne i w ocenie otoczenia przyziemne – jak nowy aparat czy ekspres do parzenia kawy jak z włoskiej kawiarenki. Inne są nieco szalone  jak siedzenie z pingwinami na kamienistej plaży Antarktydy, oglądanie humbaków bawiących się w oceanie – nie, nie chcę im się przyglądać z łodzi, ale nurkując obok nich. Spędzenie kilku nocy w amazońskiej dżungli też raczej nie należy do standardowych marzeń blondynek, no chyba, że jest to Beata Pawlikowska lub Martyna Wojciechowska.

Marzenia to dla mnie podpowiedź jaką daje nam życie, którą drogą mamy iść, które szczyty zdobywać.
Czasem najlepsza droga wcale nie jest tą najkrótszą.

Beata

 

 


 

Dziękuję, że mnie odwiedziłeś. Nie traćmy kontaktu 🙂

Subskrybuj Viennese breakfast na maila a otrzymasz o nowych wpisach.
Obserwuj bloga na faceboku, pogadajmy na twitterze.
Popatrz ze mną na świat w fotach na Instagramie

 


 

Możesz także lubić

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź

Translate »
Close