O balu w cieniu pączka.

Luty 27

Ostatni czwartek karnawału, to dla Wiednia dzień, w którym odbywa się bal w Operze. Dzisiejszego wieczoru, będzie się tam bawić 5150 osób ze świata polityki, biznesu i kultury. Śmietanka, czy elita, jak kto woli, nie tylko starego kontynentu. Dla mieszkańców Wiednia, bal w Operze oznacza wieczorne utrudnienia w ruchu, w okolicy centrum.

 

viennese breakfasy bal w operze wiedenskiej

 

Co do pączków, to są nad Dunajem popularne w całym karnawale. Zadziwia mnie ilość nazw, jakie tu mają dla tych smażonych kulek. Nie rozgryzłam ich jeszcze do końca. Ogólna to oczywiście „Krapfen”. Praktycznie jednak nie występuje ona samodzielnie. Najczęściej spotykam „Pfannkuchen” i „Faschingskrapfen”. Nie mam pojęcia, czym się różnią. Wielkość ta sama, posypane, jak na porządny wiedeński pączek przystało, bardzo obficie pudrem cukrem, a w środku spora ilość dżemu morelowego.

Tak jak krakowski pączek ma być nadziany różą, by był miana pączka godny, tak jego wiedeński odpowiednik morelami.  Bywają oczywiście takie z innym nadzieniem, lub przekrojone i przesmarowane grubą warstwą kremu, np. waniliowego. Taki pączek nazywa się Vanille-Faschingskrapfen.  

Spotkałam jeszcze pączki z wielkim kleksem marmolady na górze, polane czekoladą oraz giganty, nieco spłaszczone z wgłębieniem na górze, które wypełnia się masami, kremami, a nawet lodami. Te wielkie pączkowe placki nazywane są „Bauernkrapfen”. By znaleźć swój ulubiony wiedeński typ, muszę jeszcze trochę ich pochłonąć.

Tyle o austriackich pączkach, a moje dotychczasowe pączkowe debeściaki to:

Pączki, jakie robiła moja babcia. Nie były duże porównując je do tych sklepowych. Miały maks 7-8 cm średnicy. Smażone po staropolsku, na smalcu, nie na oleju. Miały nadzienie zawijane w środek przed smażeniem, a to nadawało im specjalny, niepowtarzalny, babciny smak. Dzisiejsze, cukierniane pączki, mają z boku większą lub mniejszą dziurę przez którą napycha się je marmoladami wszelakimi. Nie żeby to był zły sposób ale, rozumiecie sami, tamte były babcine, puchate, pachnące przez smalec inaczej niż sklepowe i często brałam aktywny udział w ich powstawaniu.

Moim numerem jeden, jeżeli chodzi o rozkosz dla podniebienia, jakie może dać pączek osobie dorosłej, jest ogromny, lekki, bez śladu tłuszczu na skórce, polany obficie mokrym lukrem, pełen konfitury różanej. Tak duży, że przy ugryzieniu, usmaruje ręce, usta i całą ich okolice słodkim lepiącym się lukrem.

Mniam!

Wspomnienie pączków polskich, idealnych na focie niżej.

 

viennese breakfast pączek

 

Dzisiaj mam tłusty czwartek bez pączków. Kichanie, smarkanie i marudzenie spowodowane złym samopoczuciem, które jakaś mikroskopijna zaraza nam zafundowała, uziemiło nas skutecznie w domu. Nie było chętnego, by podjechać po pączka do cukierni, lub choćby Billi.

 

Za to przy porannej kawie, niespodziewanie dla siebie samej, złapałam uśmiech bananowy. To zdanie mnie uskrzydliło „Jesteś bardzo młoda. Jak mogłam na to nie wpaść. Przecież nosisz trampki”! To cytat z ostatniego wpisu na Azji od kuchni. Jestem wielką fanką, tekstów dzieciaka autorki bloga. Chcecie poczytać coś napisanego lekko, z przytupem i na ciekawy temat zaglądnijcie na jej bloga.

 

Możesz także lubić

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź

Translate »
Close