Obrazy Klimta, wybory prezydenckie i dwie Austrie

Lipiec 7

Wakacje rozkręcają się na dobre a mnie naszły przemyślenia na tematy wcale nie ogórkowe.
Wczoraj oglądałam film z Austrią w tle – jego tytuł to „Złota dama”. To produkcja z ubiegłego roku, w której rolę główną powierzono Helen Mirren. Tytułowa „Złota dama” to obraz Klimta, jeden z wielu, na którym sportretował Adel Bloch-Bauer.
Płótno jak wiele innych dzieł sztuki, budynków, pamiątek rodzinnych czy firm należących do austriackich Żydów po Anschlussie zostało skonfiskowane czy nazywając rzecz po imieniu – ukradzione przez nazistów rodem z Niemiec a częściowo tubylczych. Obrazy Klimta z Adelą stały się w ten sposób własnością Austrii.
Podobny los spotkał majątek prywatny wielu ludzi, różnych narodów z krajów, na które zwaliła się III Rzesza ze swoją armią. Odzyskiwanie tego co wtedy zrabowano bywa czasem bardzo trudne lub wręcz niemożliwe, bo ci, którzy owe zrabowane dobra kupili lub sami spadkobiercy rabusiów, powołują się często na absurdalne argumenty, grają na emocjach opinii publicznej krajów gdzie owe skarby znalazły „nowy dom”.
Sporny obraz, o którym opowiada filmowa historia oraz 4 inne prace Gustawa były własnością męża Adel, Gustava Blocha. Był to jeden z najbogatszych ludzi przedwojennej Austrii. Niestety nie pomogło mu to ocalić majątku. Życie uratował uciekając do neutralnej Szwajcarii. Majątek przepadł chociaż zostali spadkobiercy w tym bratanica Maria Altmann.

 

Obraz Klimta

 

Po wojnie niewielka część zrabowanych dzieł trafiła do dawnych właścicieli, część do spadkobierców a część do krajów z których pochodziły. Wiele z nich ozdobiło galerie i muzea w „nowych domach”. Portret Adel stał się skarbem kultury austriackiej. Wisiał sobie podziwiany przez tłumy w Belvederze. Wersja jaką sprzedawano publiczności mówiła, że Adel podarowała dzieła Klimta austriackiej galerii, by były dobrem narodowym.
Jest tu ziarno prawdy, bo w swoim testamencie prosiła męża by po jego śmierci owe obrazy trafiły do muzeów ale jest tu i pewien haczyk. Adel nie była ich właścicielką co przemilczano.
Prosić kogoś, by rozdawał swoją własność według naszego widzimisię możemy ale nie znaczy to, że nasze pomysły mają moc sprawczą i prawną. W wypadku tych kilku Klimtów wola żony byłaby spełniona przez męża gdyby nie psikus historii. Rabunek, wywłaszczenie i zmuszenie do ucieczki po przyłączeniu Austrii do Rzeszy spowodowały, że Gustav nie zrezygnował z walki o odzyskanie majątku. Swoją batalie zaczął tuż po zakończeniu wojny. Niestety zmarł jeszcze w tym samym roku. Sprawa przycichła a Austria uznała ją za zakończoną. Złota dama stała się narodowym dobrem i tak zaczęła być odbierana przez społeczeństwo.

Tu pojawia się niepokojąca myśl: jak łatwo zakłamać przeszłość i uznać za nasze czyli narodową własność coś co jest prywatne.
Na ile szanujemy i szanować powinniśmy prawo własności?

Wojna zmieniła granice wielu krajów, przymusowa nacjonalizacja odebrała nie tylko ziemie, firmy ale i pamiątki rodzinne a armia czerwona podobnie jak hitlerowska uznawała za zdobycz wszystko co wpadło w jej łapy.
Czy wojna i fakt, że tak wiele wszelakiego dobra zniszczono tłumaczy jednak kraje, które to co ocalało, w tym pamiątki rodzinne uznały za skarby kultury narodowej?
Czy portret babci, zegarek dziadka, zastawa ślubna rodziców są dobrem narodu czy potomków?
Czy w imię ratowania dziedzictwa narodowego można pozbawiać dorobku, pamiątek osobistych całe rodziny?

Jak dla mnie inna sytuacja ma miejsce gdy nikt nie ocalał lub o zwrot upomina się ktoś będący przysłowiową siódmą wodą po kisielu, którego dawni właściciele nie tylko nie znali ale i traktowali jego rodzinę jak luźny kontakt. Nawet jeżeli ograbiony przez zawieruchy kraj chce zachować dla tak zwanego narodu to co ocalało, to czy nie należy przymusowo wywłaszczonym właścicielom dać równowartość owych przedmiotów, zrekompensować pozbawienie ich często bardzo osobistych pamiątek po bliskich?
Odpowiedź wydaje się prosta: oddać sporną rzecz lub wypłacić równowartość.
W wielu przypadkach jednak tak się nie dzieje.
Portret Adel był jednym z nich. O zwrot obrazu toczyła się wieloletnia batalia sądowa Marii Altman z Austrią. Tak, bo musiała ostatecznie ścierać się z państwem austriackim.

 

Psikus historii

 

Tu wchodzimy na niewdzięczny temat rozliczenia z nazistowską przeszłością kraju. Gdyby nie pomoc dziennikarza śledczego Hubertusa Czernina, który dogrzebał się do dokumentów świadczących o tym, że właścicielem obrazów Klimta w rodzinie Blochów był Gustav a nie Adel i to on ma prawo nimi dysponować nie wiadomo jak sprawa by się skończyła.
Nawet po ujawnieniu kto był ich właścicielem, kto po nim je dziedziczy oraz tego, że wiszą sobie w austriackich muzeach tylko dlatego, że je zrabowano nie przesądziło sprawy.
Grano na emocjach opinii publicznej – ot skarby narodowe chcą wywieźć z kraju.
Nie chciano też robić swoistego precedensu, bo nie wiadomo jak dalekie mogły być jego konsekwencje – ile takich skarbów wiszących w muzeach ma żyjących spadkobierców.
Do odzyskania obrazów na pewno przyczynił się znowu psikus historii.
Czas, w którym toczyła się batalia sądowa. Lata 90 XX wieku to czas gdy Austria musiała się zmierzyć z niechlubną nazistowską przeszłością. Chociaż słowo zmierzyć chyba nie jest tu właściwe. Wyciągnięto po prostu trupa z szafy i uznano, że w sumie nic się nie stało. Tym przysłowiowym trupem była przeszłość Kurta Waldheima sekretarza generalnego ONZ w latach 1972-1982 oraz prezydenta Austrii w latach 1986-1992. Okazało się, że spreparowany życiorys tego polityka mija się dość mocno z faktami a on sam był oficerem w jednostce oskarżonej o zbrodnie wojenne. Kurt milczał, nie komentował, nie bronił się, nie wycofał z polityki. Chociaż był prezydentem kraju gdy ujawniono dziwne zatajane fakty z jego wojennej przeszłości nie zrzekł się urzędu.
Ba! – uznał, że nie ma ku temu najmniejszych podstaw a i Austriacy nie usunęli go z niego. Nie mordował przecież nikogo osobiście. On tylko wydawał rozkazy, był oficerem, żył w trudnych czasach.
Wiem, że rozliczanie z przeszłością to nie łatwa sprawa. Zbyt wiele razy ofiary uznawano za katów a katów chroniono jakby byli ofiarami. Nie rozliczenie nazistowskiej przeszłości w Austrii to nie tajemnica. Jej rozliczenie w Niemczech też nie wygląda różowo a wielu tych, którzy byli zbrodniarzami uniknęło kary dzięki pomocy wielkich aliantów, którzy z różnych przyczyn umożliwiali im ucieczkę.
Trupy w szafie ma każdy kraj, nacja a bywa, że i rodziny takowe ukrywają.
Szczere rozliczenie z polską przeszłością z czasów PRL-u też mogłoby spowodować  niemałe trzęsienie ziemi nad Wisłą. Nie robi się tego jednak, bo często władza i tak zwana elita, nadal jest mocno powiązana z przeszłością lub bezpośrednio się z niej wywodzi. Do tego jeszcze obowiązuje knebel poprawności politycznej, by nie mówić o pewnych sprawach lub mówić tylko w jeden jedynie słuszny sposób.
Być może nie da się zwyczajnie wszystkiego ujawnić, rozliczyć i zacząć od nowa. Można jednak nazywać rzeczy po imieniu.

Kurt Waldheim nie został potępiony w Austrii, bo nie wszyscy tu odcinają się od nazistowskiej przeszłości. Obrazy było tak trudno oddać właścicielce, bo nie było pełnej zgody na uznanie sposobu ich przywłaszczenia za jednoznacznie zły.
Tak dziwnie potoczyła się historia, że Austria została uznana za jedną z ofiar niemieckiego nazizmu a nie współwinną horroru II WŚ.
Ludzie, zwłaszcza młodsze pokolenia mają tu w związku z tym pomieszaniem i poplątaniem oceny tubylczego nazizmu mętlik w głowach. Część naprawdę widzi kraj jako ofiarę niemieckiej agresji, część patrzy na to trzeźwo, nie boi się mówić o niechlubnej przeszłości i czarnych kartach historii. Jest i grupa tych, którzy oficjalnie będą mówić jak poprawność nakazuje – nazizm był i był zły, ale jednocześnie pracują nad tym, by nadać mu ludzką twarz, ocieplić przeszłość mówiąc o dziadkach i ojcach, że oni tylko wykonywali rozkazy, to nie oni są zbrodniarzami. Ten drugi model znamy z polskiego podwórka gdy przychodzi do oceny czasów komunizmu. Są nad Dunajem jednak i tacy, którzy głoszą mocno nacjonalistyczne hasła budowane na nazistowskiej tradycji.

 

Wybory prezydenckie

 

Ostatnie wybory prezydenckie w Austrii spowodowały ból głowy wielu tubylców i mieszkańców państw ościennych. Wszystko wskazywało na to, że nowym prezydentem kraju będzie członek uznawanego za skrajnie nacjonalistyczne FPÖ Norbert Hofer.
W drugiej turze mieliśmy nad Dunajem cud nad urną i chociaż wygrywał to przegrał niespodziewanie z lewicowym kandydatem na prezydenta. Przegrał głosami korespondencyjnymi. Ten cud składał się z wielu pomniejszych cudów a był – jak sądzę – spowodowany przerażeniem jakie ogarnęło wielu lewicujących polityków i władze kraju, że stracą stołki na rzecz nacjonalisty, boją się tu co niektórzy nazistowskich sentymentów wielu członków tej partii.
Rozkmina dlaczego tak wiele głosów oddano na Hofera trwała krótko. W sumie wiadomo o co chodzi – lewicowa władza się upasła i rozpanoszyła tak, że zapomnieli o tym, że mamy demokracje a władze sprawują jedynie z mandatu społecznego, który dostali, by działać zgodnie z wolą wyborców a nie przeciw niej.
Spora część głosów na nacjonalistę to była tak naprawdę czerwona kartka dla obecnej władzy, że idzie nie tam gdzie powinna.
O dziwo młode pokolenie dość licznie zagłosowało na Norberta, bo gość mądrze gada. Konserwatysta ale nie dogmatyczny, do tego umie się sprzedać w mediach jako nowa bardziej otwarta i liberalna twarz prawicy.
Ciekawie też rozłożyły się głosy w kraju. Duże miasta z Wiedniem na czele dały poparcie zielonemu lewicowcowi a tak zwana prowincja nacjonaliście.

 

Dwie Austrie

 

Ten podział dobrze odzwierciedla podział na dwie Austrie.
Oczywiście każdy kraj związkowy ma swój własny koloryt, jest inny ale i tam duże miasta, których jest w Austrii niewiele to inny świat niż małe miasteczka czy wioski. Wiedeń odstaje zaś na tle całego kraju. Znając tylko stolicę nie zna się Austrii. Wiedeń jest multikulturowy, otwarty, wielojęzyczny, liberalny i lewicujący. Austria poza nim jest raczej konserwatywna z silnym patriotyzmem lokalnym. Wybory prezydenckie ujawniły jak mocny jest ten podział na dwie Austrie. Pokazały też, że kraj zdał egzamin, którego nie zdała Polska. Pamiętacie cud nad urną podczas ostatnich wyborów samorządowych gdy okazało się między innymi, że polscy wyborcy nie potrafią właściwie postawić znaku x na karcie do głosowania. Nieprawidłowości – jak je nazwano – było znacznie więcej niż tych nad Dunajem w wyborach prezydenckich.
Dziwne nieprawidłowości jak spływające w cudownie dużej ilości głosy korespondencyjne, które dały ostatecznie zwycięstwo zielonemu kandydatowi spowodowały, że druga tura wyborów została unieważniona i będzie powtarzana na początku października.

Jaki będzie jej wynik czas pokaże. Ja wiem jedno, że przyroda lubi równowagę i gdy coś w niej za bardzo dominuje to sygnał ostrzegawczy, że idą kłopoty.
Dominująca jedynie słuszna linia partii, obojętnie jakie miałaby ideologiczne podstawy prowadzi do deformacji jej doktryny, monopolizacji władzy i kłopotów.
Nie boję się Hofera jako prezydenta. Mam nadzieje, że będzie tu coraz więcej ludzi potrafiących patrzeć na trudną przeszłość bez niepotrzebnego lukrowania jej ale i bez wiecznego posypywania głowy popiołem. Przeszłości i tak nie zmienimy możemy jedynie wyciągnąć z niej wnioski i nie robić tych samych błędów.

Beata

 

wybory-austria

 


Dziękuje za wizytę. Zostańmy nadal w kontakcie 🙂
Podobał ci się wpis?
Zostaw komentarz, polub go na Facebooku a jeżeli uważasz, że może się komuś przydać poślij go dalej.


 

Możesz także lubić

2 komentarze

  • Odpowiedz Jaga ( Jadwiga ) Lipiec 7 at 17:37

    Dzien dobry Pani Beato ,

    Znalazlm pani blog przypadkowo I bardzo sie a ztego ciesze. Odwiedzam to miejsce co kilka dni I czytam sobie. Bardzo fajnie jest to prowadzone. Mysle, ze nie znudzi sie pani to zajecie I bede mogla bywac tutaj jeszcze dlugo.

    Pozdrowienia z Toronto

    Jaga

    • Odpowiedz Beata Lipiec 8 at 10:06

      Dziękuje za miłe słowa 🙂
      Pozdrawiam ciepło z skąpanego w słońcu Wiednia.

    Zostaw odpowiedź

    Translate »
    Close