Alfabet g jak granica

Październik 17

Granica – to słowo kojarzy się z ograniczeniem, zamknięciem, barierą.
Nie są to miłe i podnoszące na duchu skojarzenia raczej usadzające na czterech literach, zatrzymujące w biegu. Najbardziej znana granica to ta państwowa.
Świat od zawsze jest pocięty liniami wyznaczającymi obszary do życia ludzi o zbliżonym języku, kulturze, wspólnej historii. Nasze współczesne patrzenie na granice państw jest trochę inne niż było jeszcze sto lat temu, nim upadł stary porządek świata. Tak, po I wojnie upadł stary porządek świata, który budowano od tysiącleci, gdy powstały pierwsze królestwa, miasta państwa czy imperia.
Stare szatkowanie mapy na kawałki królestw nie polegało jednak na oddzielaniu narodów, bo ciężko je było zdefiniować, określić.

Tak całkiem poważnie mówiąc to nawet dzisiejsza definicja o wspólnocie języka, tradycji i kultury nie definiuje dobrze narodu. To wspólne interesy gospodarcze czy polityczne stoją nad romantyzmem tej definicji. Państwa jednonarodowe gdzie  ludzi łączy jeden język, kultura i religia – która była i jest ważnym wyznacznikiem poczucia przynależności do tego czy innego narodu i akceptacji przez ową wspólnotę – praktycznie nie istniały nigdy. Owszem pojawiały się takie twory na chwile i znikały. Okazywało się bowiem, że język niekoniecznie łączy, gdy dzieli religia, światopogląd.

Kultura, która wyrasta z tradycji może skleić ludzi bardziej niż ta sama mowa, tak samo brzmiące i rozumiane słowa.
Dlaczego więc powstawały dziwne twory jak Rzeczpospolita Obojga Narodów czy wielka Austria za czasów Habsburgów gdzie różne języki, religie i tradycje mieszały się ze sobą w kociołku narodów a wielkie królestwa mimo to trwały?
Gdy tak przeleciałam przez dzieje ludzkie obserwując zmiany granic na mapie doszłam do wniosku, że tak naprawdę spoiwem dla imperiów zawsze był człowiek. Często był to pojedynczy człowiek, którego następcy nie potrafili już zastąpić.
Na przykład po śmierci Aleksandra Wielkiego jego ogromne państwo się rozpadło, ale tacy Rzymianie co kilka dziesięcioleci potrafili zrodzić nowego Cezara, który nadawał energii Imperium, scalał je i porządkował na tyle, że przetrwało do czasu pojawienia się kolejnego wielkiego wodza.
Wiedzieli też Rzymianie, że nie da się na siłę ludzkich wspólnot utrzymać razem. Gdy ktoś chciał odejść trzeba było dać mu zadowalającą go niezależność, pozwolić odejść tracąc kawałek ziemi, który dla nich był ojczyzną lub wybić do nogi, zniewolić, zniszczyć.
Rzym lubił wybierać to ostatnie rozwiązanie.

Chociaż wielkie imperium było podzielone na mniejsze ojczyzny grup ludzkich to trzymało się Rzymu. Było to czasem wymuszone a czasem interes gospodarczy i bezpieczeństwo jakie zapewniali Rzymianie stawiało pragmatyzm nad porywem serca dążącym do wolności i samostanowienia. Powoli krok po kroku ludzi żyjących wewnątrz takich imperiów łączyło coraz więcej. Języki mieszały się, tradycje i kultura stawały się konglomeratem tego co wniosły do Imperium ludy. Religia czasem była problemem, ale nie zawsze.
Za to przez wieki była ona i jest tym co najmocniej odciska się na kulturze, prawie i nadaje kierunek rozwoju lub powoduje upadek wielkich królestw.
Granice zewnętrzne były tymi, o które dbano z całą powagą – to one miały chronić przed tym co chce zburzyć kruchy ład i bezpieczeństwo wewnątrz tych wielojęzycznych tworów.

Jak to się skończyło dla Rzymu, Rzeczypospolitej i imperium Habsburgów wiemy. Przyczyny upadku w każdym z podanych przeze mnie królestw były złożone – powiecie. Owszem, ale są i pewne cechy wspólne.
Nie da się na siłę utrzymać razem ludów, które zaczynają mieć inne wartości, priorytety.

Co była ważne dla Brytyjczyków, gdy podejmowali decyzję o opuszczeniu Unii, dla Katalończyków, że wyszli na ulice?

Coś co nas spajało i tworzyło zewnętrzną granicę Europy się rozsypuje.
Nie mówię tu o Unii Europejskiej, ale o Europie w rozumieniu kontynentu bardzo zróżnicowanego jednak o wspólnej kulturze, wartościach.
Nie podoba mi się wiele zmian jakie widzę w ostatnich latach. Chciałabym wiedzieć gdzie jest granica, której nie przekroczymy jako Europejczycy pozwalając na deprecjonowanie naszych wartości. To się dzieje codziennie a robią to nie tylko obcy przybysze z innych kultur, ale co gorsze  nasi pobratymcy z kręgów z „izmami” w nazwie.

Co jest złego w wolności słowa?
Co jest złego w równym traktowaniu ludzi niezależnie od koloru skóry, wyznawanej religii bądź jej nie wyznawaniu, wieku, narodowości i płci?
Co jest złego w uznaniu, że kobieta jest człowiekiem i ma równe prawa z mężczyzną?

Boję się, że przesuwając coraz dalej granice naszej tolerancji dla jednego i zamykanie ust poprawnością polityczną dla drugiego tworzymy inkubator, w którym wyrośnie nowy Cezar i zrobi porządek ulubionymi metodami Rzymu.

Beata

PS Skoro czekolada może być biała to ciasto może nazywać się murzynek; ten sam dres kod w pracy obowiązuje wszystkich a twarz wśród ludzi zasłaniamy tylko przy kichaniu i kaszlu.

 

Możesz także lubić

3 komentarze

  • Odpowiedz Prekmurska gibanica Październik 17 at 20:33

    Jako osoba niepełnosprawna i do tego kobieta chcąca w przyszłości ożenić się – nienawidzę poprawności politycznej. Dlaczego? Dlatego, że to tworzy kłamstwa, a nie szacunek do drugiego człowieka. Wcale nie tworzy tolerancji, wręcz przeciwnie, prowokuje uprzedzonych. Niestety, tyle się mówi o zwycięstwie prawicy, nieraz skrajnej. Jasne, że po części odpowiada za to ich retoryka i siła przebicia, ale tak z drugiej strony: czy nie zawdzięczamy też tego fanatycznej lewicy? Ludziom, których bardziej obchodziły zaimki osobowe używane wobec osób transseksualnych, niż to, że młodzi ludzie z wyższym wykształceniem nie mogą znaleźć pracy?

  • Odpowiedz Travelling Milady Październik 18 at 00:15

    Smutne, ale prawdziwe. Trafnie to napisałaś, a już ostatnie zdanie podoba mi się najbardziej. Jak dla mnie dzisiejsza wolność słowa to wolność dla wybranych, zakrzyczana i przykryta warstwą nakazów i zakazów, które jednym kneblują usta, a innym pozwalają na wszystko. Jak dla mnie trochę w tym wszystkim brakuje złotego środka.

    • Odpowiedz Beata Październik 18 at 11:36

      Zapomniano o tym, że zwykła kindersztuba wystarczy i ludzie wiedzieli gdzie są granice, by nie obrażać innej osoby.
      Wystarczyłby zdrowy rozsądek by wszystko wróciło do normalności. Jednak w XIX wieku wieku to towar deficytowy, zwłaszcza w kręgach polityków i osób związanych z oficjalnymi mediami.
      Chyba ktoś mówiąc o dniach dzisiejszych życzył nam „obyście żyli w ciekawych czasach”.

    Zostaw odpowiedź

    Translate »
    Close